NAGŁÓWEK/HTML1

L.A. Dreamers

INFORMACJE/HTML2

❤️‍🔥 Na blogu pojawiła się lista obecności!

❤️‍🔥 Kilka punktów regulaminu uległo zmianie (zaznaczenie kolorem), zapraszamy do zapoznania się z treścią!

❤️‍🔥 Zapraszamy do zapisów! 👁️
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

3. I would've died for your sins

Walentynki, 2009

Dreptała niespiesznie u boku starszego brata, rozkoszując się padającym deszczem, który sprawiał, że świat wokół błyszczał jak wypolerowany. Już dawno zauważyła, jak niewiele trzeba, by zacząć postrzegać pewne rzeczy inaczej. Ludzie nie lubią deszczu, ale po tygodniach suszy witają go z nieskrywaną radością. W upalne dni marzą o zimnie, a zimą tęsknią za słońcem. Słowo szczerość bywa czasami pozytywne, a czasami nie. Zamek może tak naprawdę oznaczać także pałac i suwak. Dorośli witają się, mówiąc: dzień dobry!, ale wcale nie zachowują się tak, jakby ten dzień był dobry. W odpowiednich okolicznościach nawet mądrość można nazwać głupotą, a głupotę mądrością. Prawo dżungli oznacza brak szacunku do zasad życia w cywilizowanym społeczeństwie, chociaż większość ludzi wcale nie jest cywilizowana i odznacza się egoizmem. Jak właściwie określić prawo dżungli będąc w dżungli? Prawo miasta?
Słowa fascynowały ją od zawsze, odkąd nauczyła się ich słuchać i je rozumieć. W prawdziwy podziw wprawiał ją fakt, że za pomocą jednego wyrazu tak wiele można było zdziałać. Na przykład pod nie kryło się tysiąc zaprzeczeń i drugie tyle ostrzeżeń. Marjorie Crain w wieku ośmiu lat nie miała pojęcia, jak wyglądają słowa, ale wydawały jej się być kupką klocków barwy kameleonowej. Można je było przestawiać, odwracać, dzielić i łączyć, a także stawiać w przeróżnych odcieniach konkretnego znaczenia, i za każdym razem pasowały do kontekstu. Jej rówieśnicy marzyli o magicznych różdżkach i listach z Hogwartu, a ona była pewna, że prawdziwą magią jest właśnie umiejętne posługiwanie się słowem. Można nimi było kogoś zranić, ale także kogoś pocieszyć. Dodać mu wiary w siebie, jak również ją podkopać.
Było jej trochę przykro, że nikt nie dostrzegał tej potęgi, ponieważ nie miała z kim na ten temat dyskutować, ale ostatecznie postanowiła rozmawiać o tym sama ze sobą. W końcu żaden inny człowiek nie zrozumie nas tak, jak sami siebie rozumiemy.
— Jak było w szkole? Dostałaś jakieś walentynki?
— Uhm — przytaknęła nieuważnie, bardziej skupiona na podziwianiu boskiego piękna krajobrazu, niż na jakimś banalnym świętowaniu stanu zakochania. No, ale Danny miał już piętnaście lat; ona zapewne też w jego wieku będzie zajmować się takimi głupotami. — Pani kazała wszystkim dziewczynkom w klasie zrobić kartki dla każdego chłopca i na odwrót. Dzięki temu nikt nie był pokrzywdzony — wyjaśniła.
— Piękne czasy — skwitował brat, który opuścił mury szkoły podstawowej już dawno temu, a wiadomo było, że w liceum nikt się z nastolatkami tak nie cacka. — A oprócz tych wymuszonych?
Pokręciła głową, ale po chwili o czymś sobie przypomniała.
— Dostałam jedną od Sheili Crawford — pochwaliła się. — Była znacznie ładniejsza, niż te od chłopaków.
— Bo to taka babska robota — Danny skrzywił się zabawnie, dając siostrze znak, że to był żart.
— Babska robota — powtórzyła, smakując te słowa jak rozpuszczające się na języku cukierki. — Babssssska robota.
— Tylko nie zaczynaj znowu — pomachał jej pięścią przed nosem. — Od tego twojego gadania o gadaniu zawsze mi się kręci w głowie. Zresztą, o, prawie jesteśmy w domu. Chodź.
Marie puściła się biegiem w stronę kamienicy i w kilku sarnich skokach pokonała schody na samą górę. Nie czekając na brata, wpadła do mieszkania jak burza, a zaraz potem stanęła jak wryta. I zamarła, niczym zamieniona w posąg, zaklęta w kamień.
Wtedy nie umiała jeszcze tego nazwać, ale każdym nerwem w swoim ośmioletnim ciele czuła, że coś jest nie w porządku. Głucha na dobiegające ją wołanie brata, ostrożnie i powoli przeszła wzdłuż korytarza prowadzącego do kuchni, a stąpała tak cicho, by nie narobić najmniejszego nawet hałasu. Serce ze strachu waliło jej mocno w piersi, niemal czuła pulsowanie krwi w swoich żyłach.
— Mamo? — szepnęła, ale głos, który wydobył się z jej gardła, mógł co najwyżej uchodzić za kiepską imitację żałosnego skrzeku. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak bardzo się bała, podobnie zresztą, jak nie miała pojęcia, czego w ogóle się boi. To uczucie wisiało jednak w powietrzu, czaiło się tuż nad jej głową, gotowe zaatakować w ułamku sekundy. Mimo ogromnego strachu, dzielnie szła przed siebie, krok za krokiem w stronę kuchni, jakby ten korytarz prowadził ją na spotkanie z potworem.
I dopiero po latach Danny opowiedział jej, jak wbiegł za nią do domu, jak rzucił się w stronę kuchni, akurat wtedy, kiedy ona z zastygłą maską przerażenia na twarzy wpatrywała się w matkę, leżącą na podłodze w kałuży krwi. Nie pamiętała tego, bo nie mogła zapamiętać; pierwszy raz w swoim krótkim życiu po prostu zabrakło jej słów.

—•—

Świętego Patryka, 2009

Minął już ponad miesiąc, a mama wciąż jeszcze nie wróciła. Tata, ciągnięty za język przez całe rodzeństwo Crainów, wodził tylko smutnymi oczami po ich twarzach i kręcił głową. Właściwie było tak, jakby z dnia na dzień stracili oboje rodziców — jedno przebywało w szpitalu bez możliwości odwiedzin, drugie pogrążało się w pracy, żeby nie myśleć o tym pierwszym. Daniel Crain zdawał się nie zauważać zmian, które zachodziły dookoła, a które były znakomicie widoczne dla reszty otoczenia. Szeptano o zaniedbanych dzieciach, o braku przyzwoitości i męskiej logice, ale z tych strzępków zdań Marjorie nie była w stanie ułożyć sensownej całości. Pamiętała jednak, że kiedyś gorący obiad czekał na stole, kiedy wracali ze szkoły, że wyprane ubrania były złożone w kostkę, gotowe, by je schować do szafy. I że na śniadanie dało się zjeść coś innego, niż czekoladowe płatki z mlekiem, których zresztą serdecznie nie znosiła.
Jakkolwiek dziwacznie nie zachowywała się czasem mama — wyraźnie dało się odczuć jej brak. A tata, chociaż fizycznie niby był obok, w rzeczywistości był Nieobecny. Nigdy przedtem mu się to nie zdarzało; Nieobecna bywała mama, nawet dosyć często, ale tata — nie, i Marie zaczęła się bać, że może to jest zaraza, paskudna choroba, która przeszła z jednego rodzica na drugiego, aż w końcu zabierze ich oboje. I wtedy zostaną zupełnie sami. Sieroty Crainów. Nawet w myślach te słowa brzmiały okropnie, gorzkie jak ziarna kawy, kwaśne jak plaster cytryny.
Strasznie, strasznie nie chciała, żeby odebrano im tatę, choćby zachowywał się najgorzej na świecie, więc starała się być tak pomocna, jak to możliwe mając osiem lat. Nie marudziła, samodzielnie zbierała się do szkoły i robiła sobie śniadanie, i nigdy nie prosiła brata, by w drodze powrotnej zatrzymali się chociaż na chwilę na placu zabaw. Później często o tym myślała: czy gdyby otwarcie manifestowała żal i złość, przestała się uczyć i urządzała awantury z byle powodu — czy wówczas ktoś by ją zauważył, zamiast uznać, że sobie poradzi? Była grzecznym dzieckiem, ale potrafiła postawić na swoim, a potem nagle jakby zgubiła tą umiejętność. Po pewnym czasie doszła do wniosku, że nie warto walczyć o swoje, bo oprócz matki może stracić też ojca. A przecież od grzecznych dzieci nikt nie chce odejść. Stała się cieniem, stale obecnym w pogotowiu i wykonującym tylko takie ruchy, jakich wszyscy oczekiwali. Tyle tylko, że jak wiadomo — na cienie nikt nie zwraca uwagi.
Audrey i Lizzie zajęły się domem na tyle, na ile były w stanie to zrobić w wieku czternastu i dwunastu lat, bo Danny, chociaż z nich wszystkich najstarszy, zawsze potrafił się jakoś wykręcić. Johnny z kolei był zbyt roztrzepany i trochę za mały, żeby oczekiwać od niego realnej pomocy, w dodatku im dłużej to trwało, tym większe sprawiał kłopoty. Jego nauczyciele coraz częściej wzywali ojca na rozmowę, a gdyby nie delikatne przypomnienia dzieci, na żadnej z nich w ogóle by się nie zjawił. Chociaż i tak jego obecność na tych spotkaniach niewiele zmieniała — właściwie to nic.
W tym roku tata nie zabrał ich na paradę; zrobił to za niego Danny. Mimo to wszyscy czuli się dziwie nie na miejscu, wręcz obco, chociaż przychodzili tutaj od lat w każdym kolejnym marcu. Pokręcili się trochę po zielonych ulicach, mijając zielonych ludzi z kuflami zielonego piwa i wrócili do domu. Żadne z nich nie powiedziało tego głośno, ale kontynuowanie tradycji bez głównego organizatora po prostu straciło sens.
Główny organizator nawet nie podniósł głowy, kiedy usłyszał trzask drzwi.

—•—

Dzień Niepodległości, 2014

Było już całkiem ciemno, kiedy Marie Crain wlokła się noga za nogą do domu. Pokaz sztucznych ogni jeszcze trwał, ale ona czuła, że powinna już wracać. Chociaż, w przeciwieństwie do swoich rówieśniczek, żaden rodzic nie dyszał jej w kark, pilnując godzin powrotów, więc teoretycznie mogłaby wejść do mieszkania choćby w środku nocy. Prawdopodobnie i tak nikt by się tym nie przejął; ba, nikt by tego nawet nie zauważył. Gdzieś na dnie jej serca osiadł z tego powodu smutek, ale już dawno nauczyła się ignorować takie rzeczy. W końcu jej serce pełne było takich właśnie smutków, małych i wielkich, a wszystkie z nich po prostu opadały na sam dół, w oceaniczną ciemność, żeby nie przyszło im do głowy wypłynąć na powierzchnię. Właściwie każdą istniejącą emocję traktowała w ten sposób — lustrując ją krytycznym spojrzeniem, a potem topiąc albo upychając gdzieś w kącie, odkładając na później. Nie miała czasu przeżywać takich rzeczy, bo w domu wiecznie było coś do zrobienia, i zawsze zaskakiwały ją błahostki, które jej koleżanki potrafiły doprowadzić do łez. Ona też czasami płakała, rzadko, na przykład przedwczoraj, nad umierającym na ulicy wróblem, lecz potem odsuwała od siebie ten smutek, pozwalając mu istnieć gdzieś w głębi umysłu, ale nie pozwalając mu się opanować. W końcu była już dość duża, by nie żądać od nikogo uwagi.
Dom był cichy i pogrążony w ciemności, jedynie w sypialni ojca paliło się światło. Weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi wejściowe i chwilę postała pod drzwiami sypialni ojca, robiąc kilka kroków w jedną, kilka kroków w drugą stronę, jakby nie mogła się zdecydować. W końcu westchnęła, ostrożnie nacisnęła klamkę i wsunęła głowę do środka.
— Tato? — szepnęła tak cicho, jakby bała się spłoszyć coś bardzo ulotnego. Pomyślała, że jest to ten spokój, który spowijał pomieszczenie jak kokon, a który zwykle zastępowany był rozpaczą i bólem, nigdy niewypowiedzianymi, a jednak stale obecnymi. Daniel Crain spał z głową opartą na biurku, oddychając w równym rytmie. Marjorie podeszła do niego cicho, delikatnie wysunęła mu książkę spod policzka i narzuciła cienki koc na ramiona. Potem wycofała się na palcach, po drodze gasząc światło, i dopiero na korytarzu odetchnęła z ulgą. Biedny ojciec. Haruje całymi dniami, czasem nawet po nocach. Niech śpi, skoro ma okazję.
Odgruzowała kuchnię, w której rodzeństwo przeprowadzało najwidoczniej jakieś kulinarne eksperymenty, z uczuciem rosnącego niesmaku wytarła obrzydliwie tłuste blaty i zgarnęła do śmieci skorupki jajek oraz rozsypane przyprawy. Zajrzała do lodówki, westchnęła i postanowiła darować sobie kolację. I tak nie była zbyt głodna. A że nie zostawili jej nawet kawałka tego, co akurat gotowali? Cóż, przecież nie prosiła, więc skąd mieli wiedzieć.
Zaszyła się w swoim pokoju, ściskając w dłoni paczkę papierosów, podebraną kiedyś bratu, a z szuflady biurka wyciągnęła zapalniczkę i otworzyła okno. Zapaliła papierosa, wychyliła się, opierając łokcie na parapecie i wydmuchując dym wprost do nieba, jakby wraz z nim pozbywała się swojej własnej duszy. W końcu kto miałby ją powstrzymać? Nikogo przecież nie było.

—•—

Halloween, 2017

— Ale ci zazdroszczę. — Sheila Crawford przewróciła się na brzuch i przeciągnęła jak kotka. — Cholernie bym chciała, żeby mój stary był taki bezproblemowy.
Marie uniosła się na łokciu, patrząc jej prosto w oczy. Były ładne, duże i ciemne, i naprawdę lubiła w nie spoglądać.
— Mhm — przytaknęła tylko, bo słyszała to już wiele razy od wielu różnych osób i nawet nie próbowała wchodzić w dyskusję. I tak jej nie rozumieli, i tak nie mogła ich przekonać, więc nie widziała sensu w marnowaniu czasu na bezsensowne gadanie.
Złapała kosmyk włosów Sheili w dwa palce i zaczęła się nim bawić, przesuwając go po skórze dziewczyny, nawijając na palec, zakręcając lok. Miała zamyśloną minę, jakby nieobecną, jakby jej umysł wędrował niezbadanymi ścieżkami wszechświata, chociaż jej ciało tkwiło w domu, w łóżku, w towarzystwie najładniejszej koleżanki ze szkoły. Marie w życiu nie spodziewała się, że zwróci na nią uwagę ktoś taki, jak Sheila Crawford, dziewczyna popularna i rozpoznawalna, śmiała i pewna siebie. W dodatku była śliczna jak obrazek i nie istniał chyba w ich szkole chłopak, który nie marzył, by chociaż jeden raz spojrzała właśnie na niego.
I gdy któregoś razu Sheila podeszła do niej na przerwie, częstując ją gumą do żucia i zaczynając gadkę o niczym, była pewna, że to tylko sen. Była przecież niewidzialna nawet we własnym domu. A jednak ta sytuacja trwała i trwała, przyzwyczajając Marie do jej niezmienności, aż na pierwszej wakacyjnej imprezie Sheila po prostu do niej podeszła i ją pocałowała. To było to. Jakby nagle odnalazła jakąś brakującą część siebie, chociaż nie miała pojęcia, że czegokolwiek jej brakuje.
— Z tym nieobecnym spojrzeniem i aurą smutku dookoła wyglądasz jak Ofelia z obrazu Millaisa — szepnęła jej wprost do ucha, łobuzerskim tonem kobiety świadomej swoich własnych atutów. — Taka żywa. I taka nieszczęśliwa.
— Zgłupiałaś? — zaśmiała się Marie, chociaż dobór słów spowodował, że przeszedł ją dreszcz. Z wiekiem to uwielbienie wcale jej nie minęło, a wręcz przybrało na sile, a dzięki temu była bardzo wyczulona na ludzi, którzy wysławiają się w niemalże poetycki sposób. Miała ochotę przymknąć oczy i słuchać, słuchać, słuchać. — Wątpię, że ktokolwiek zechciałby mnie umieścić na płótnie. No, chyba, że chodziło ci o kontekst umarlaka… — dodała, za co oberwała w głowę poduszką.
Dźwięk telefonu wdarł się w wesołą atmosferę nostalgiczną muzyką, a Marie błyskawicznie zerwała się z łóżka i pobiegła odebrać.
— H-halo? — odezwała się, szukając jednocześnie na podłodze swojej koszulki. — Danny? Co się stało?
Słuchała przez chwilę, marszcząc brwi i na kolanach obchodząc pokój, zaglądając pod krzesła i pod łóżko. Wreszcie z triumfalnym, bezgłośnym okrzykiem wyciągnęła koszulkę ze sterty walających się na podłodze ubrań, ale zaraz potem mina jej zrzedła.
— Teraz mi o tym mówisz? Nie przyszło ci do głowy, że ja też mogę mieć jakieś plany?
Jej głos brzmiał jak zwykle, łagodnie i wyrozumiale zarazem, ale Sheila uważnie obserwowała jej twarz. To był ułamek sekundy, zanim to wrażenie zniknęło, ale była stuprocentowo pewna, że przez moment Marie porwała fala wściekłości. I zaraz potem znów wyglądała tak, jak zawsze. Prysnęło nawet to coś z atmosfery, przez co Sheila spodziewała się rzutu telefonem o podłogę. Jak gdyby Marie otworzyła jakąś szufladę w swojej głowie, upchnęła tam całą złość i wróciła do równowagi. To było dziwne. Fascynujące. Niepokojące.
— Wybacz, Sheil — westchnęła, siadając na łóżku i kładąc jej dłoń na kolanie. — Brat zaraz podrzuci mi tutaj córkę, żeby z Alex mogli pójść na imprezę.
— Nie wierzę — pokręciła głową, szeroko otwierając oczy. — Miałyśmy mieć całą noc dla siebie. To jest twoje dziecko, czy jego? A jeśli ty też chcesz iść na imprezę?
— To trudno — wzruszyła ramionami. — Obejdzie się. Zresztą w sumie wcale nie mam ochoty.
— Otrząśnij się, dziewczyno. To twoje rodzeństwo w końcu cię pożre i przeżuje, i wypluje oszlifowane białe kosteczki.
— Daj spokój…
— Ty daj spokój. Jeżeli sama tego nie widzisz, to chociaż posłuchaj rady kogoś, kto ma lepszy wzrok — powiedziała twardo, ubierając jeansy i ciepłą bluzę. Przeczesała włosy palcami, rzuciła jedno spojrzenie w lustro, drugie na Marie; i już jej nie było. Zostawiła za sobą trzask drzwi, a Marjorie Crain poczuła się jak w domu — ostatecznie na ogół bywała w nim sama.

—•—

Boże Narodzenie, 2023

Zgromadzone w kuchni dzieci robiły taki hałas, jakby znajdowało się ich tutaj co najmniej tuzin, a nie zaledwie czwórka. Właściwie szczerze mówiąc — trójka. Najmłodszy z nich bowiem spędzał kolejną godzinę wtulony w szyję swojej mamy i ani myślał przyłączyć się do brata i kuzynek. Audrey i Lizzie wydawały się jednak tym nie przejmować — z niezmąconym spokojem przygotowywały naczynia, dzbanki z herbatą i sztućce, wciąż wymieniając uwagi o banałach. Danny nieustannie rozmawiał przez telefon, zaś Johnny'ego nikt nie widział od godziny czternastej. Wyglądało na to, że poza nią nikt specjalnie nie zaprzątał sobie tym głowy.
Zwinęła się w chłodnym kącie korytarza, z ulgą witając ciszę i spokój. Brat nabrał niedawno obrzydliwego zwyczaju podrzucania jej swoich córek w najbardziej niedorzecznych momentach, a chociaż Marie naprawdę lubiła obie bratanice, spędzanie z nimi dzień w dzień po kilka godzin było wyczerpujące. Elizabeth także, choć rzadziej, potrafiła uprosić ją o opiekę nad Jasonem — młodszy, Noel, tak źle znosił nieobecność matki, że Lizzie na ogół nie miała siły użerać się z aktywnym prawie-czterolatkiem, obarczona drugim dzieckiem, wiszącym jej na szyi. Marie to rozumiała, więc siedziała cicho, chociaż czasami zastanawiała się, jak długo jeszcze da radę. Ostatnio nawiedzały ją dziwne myśli. Pragnienie, by jej czas wolny należał tylko do niej, żeby ktokolwiek inny zatroszczył się o ojca chociaż przez tydzień, albo żeby któreś z rodzeństwa zapytało: jak się czujesz? A czuła się tak, jakby odsuwane, latami spychane na bok emocje zaczynały wylewać się górą. Przerażało ją to bardziej, niż była gotowa przyznać.
— Marie, czemu się chowasz? Bierz dzieciaki i siadamy do stołu — popędziła ją Audrey, nieświadomie wywołując kolejną falę wściekłości. Nabrała ochoty, żeby doskoczyć do starszej siostry i wrzasnąć jej prosto w twarz: to nie są moje dzieci!, a potem trzasnąć drzwiami i robić to, na co sama miała ochotę. Działo się z nią coś dziwnego. Nigdy przedtem nie przeszłoby jej przez myśl, żeby zareagować w ten sposób.
— Chodź, mała — zawołał ją z salonu Danny, rozsiadając się koło swojej żony Alexandry. — I znajdź po drodze moje dziewczyny, bo chyba gdzieś się zapodziały.
Zacisnęła zęby. Zacisnęła dłonie w pięści. W całkowitej ciszy, ograniczając się do niezbędnych gestów, wygoniła dzieci z kuchni. Usiadła przy stole. Nadludzkim wysiłkiem przywołała uśmiech na twarz i przykleiła go super mocnym klejem, a i tak czuła, że jeszcze słowo, jeszcze jedna głupia sugestia, a zamieni się we własną matkę. Z rzucaniem talerzami i histerycznymi wrzaskami włącznie.
Johnny zjawił się dosłownie minutę przed tym, zanim zaczęli jeść, więc od razu zaciągnięto go do stołu i porządnie nakarmiono, ubolewając, że schudł, że wygląda na zmęczonego i że może praca na barze jest dla niego zbyt wyczerpująca. Marie nadal siedziała cicho, przysłuchując się całej tej szopce i potakując w odpowiednich momentach. I wtedy Danny zwrócił się bezpośrednio do niej:
— Wiesz, chcieliśmy wyjść później na plażę. Poświętować, rozumiesz — mrugnął do niej porozumiewawczo. — Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli zostawimy ci dzieci?
Zerwała się gwałtownie na dźwięk przeszywającego uszy pisku, który niespodziewanie się zaczął i równie niespodziewanie się urwał. Po pełnych niedowierzania spojrzeniach, rzucanych jej przez rodzeństwo, zrozumiała, że to ona wrzasnęła. Serce biło jej tak mocno.
— Mam dosyć — szepnęła, gwałtownie odsuwając krzesło. — Mam dosyć!
Wybiegła z domu trzaskając drzwiami. Ani razu nie obejrzała się za siebie. Tym razem to oni zostali sami, a ona wybiegła na ulicę, nie zważając na jeżdżące samochody, i wrzasnęła raz jeszcze, głośniej, prosto w niebo. Tak długo, aż zabrakło jej sił. Brzmiało to jak wycie rannego zwierzęcia i tak właśnie się czuła — jak ranne, bardzo pokiereszowane stworzenie. Jakaś jej część została ostatecznie i nieodwołalnie zniszczona.
— Dosyć — powtórzyła cicho, przemierzając senne uliczki i kierując swoje kroki na plażę. — Mam. Was. Dosyć.

2. I try to imagine something closer, And somebody who is good for me

             

                Teraz


 
                — Jak to zarząd się zbiera? — Warknął nieprzyjemnie do słuchawki. Nie obwiniał o spotkanie Jess, z którą właśnie rozmawiał. Doskonale wiedział, że dziewczyna nie ma z tym nic wspólnego, ale musiał wyrzucić z siebie negatywne emocje. Jess nie pracowała z nim od samego początku jego kariery w Collins Construction & Co,, ale wytrzymała najdłużej na stanowisku jego asystentki. Potrafiła znieść wszystkie jego wybuchy i humorki. Kiedy była taka potrzeba, umiała przywołać go do porządku i przypomnieć, że zamiast na wydzieraniu mordy, powinien skupić się przede wszystkim na rozwiązaniu problemu. Robił to wtedy. Przeklinał cicho pod nosem i szukał sposobu na to, jak wybrnąć z kolejnej przeszkody rzuconej przez ojca.
                Co ciekawe… Ledger wcale nie był zadowolony, kiedy senior Collins poinformował go, że zostanie nowym prezesem firmy i dostanie kolejne pięć procent udziałów, co powodowało, że łącznie posiadał dwadzieścia osiem procent udziałów Collins Construction & Co. Nie wiedział sam, w którym dokładnie momencie, ale zmienił zdanie. Chciał już nie tylko fotela prezesa. Chciał firmy. Całej. Chciał mieć ją na własność i sprawić, aby ojciec pożałował wszystkich swoich wyborów. Czy próbował zemścić się na seniorze poprzez zniszczenie jego dziedzictwa? Początkowo miał właśnie taki plan. Jego cel był jasny. Zdobyć jak największe zaufanie wśród członków zarządu i sprawić, aby większością głosów jego ojciec doświadczał kolejnych porażek. Nie, nie chciał się tak od razu pozbyć mężczyzny z CC&C. Chciał sprawić, aby poczuł jak smakuje nie tylko sama porażka, ale przede wszystkim poniżenie.
                — Na kiedy, Jess? Kiedy ma być te jebane zebranie? — Spodziewał się, jaką usłyszy odpowiedź. Skoro nie było go na miejscu, był to idealny moment dla jego ojca, prawda? Zwłaszcza, że staruszek zaczął podejrzewać, co takiego planował jego syn. Właściwie nie tyle podejrzewał, co sam Ledger powiedział mu w dzień ślubu. Jasno oświadczył, że go zniszczy, że pożałuje wszystkich decyzji, które podejmował z myślą o wykończeniu Ledgera. Zemszczę się. Za wszystko. Użył dosłownie takich słów, a znaczenie za wszystko w tym przypadku znali jedynie ojciec z synem.
                Brunet nie powinien być więc zdziwiony tym, że senior wziął się do roboty. Właściwie, był zaskoczony, że mężczyzna zwlekał tak długo ze zwołaniem zarządu.
                — Ledger? — Usłyszał jeszcze zaspany głos swojej świeżo upieczonej małżonki. Podniósł spojrzenie na brunetkę i dłonią, w której nie trzymał telefonu, machnął na nią i gestem wskazał, że ma wracać do łóżka, po czym sam odwrócił się plecami do niej. Utkwił wzrok w oceanie, który był widoczny z okna.
                Przez tę krótką chwilę, którą jej poświęcił, uważnie zmierzył spojrzeniem jej sylwetkę, gdy opierała się o framugę drzwi prowadzących do sypialni. Powinien był pomyśleć i wyjść na balkon, kiedy odebrał i postanowił zacząć wydzierać się na asystentkę. Nie chciał przecież jej budzić ani denerwować swoimi problemami. Uśmiechnął się do siebie kącikiem ust, uznając, że te aranżowane małżeństwo, które miało być dla niego karą, w ostateczności okazało się być czymś dobrym. Czymś na tyle dobrym, że właściwie za tę jedną rzecz mógłby podziękować staruszkowi. Właściwie, dlaczego miałby się przed tym powstrzymywać? Wiedział dobrze, że Dominic postanowił w ten sposób rozwiązać problem romansu Aidena, nie bez powodu. Nie był typem człowieka, który posłuchałby czyjej rady, gdyby sam nie miał w tym większego interesu, gdyby nie uważał, że takim zagraniem zrobi coś więcej niż jedynie oczyszczenie imienia swojego syna. Seniorowi tak naprawdę nie zależało na nieskazitelnej opinii swoich dzieci. Gdyby tak było, Ledger zamiast na studia zostałby zesłany do więzienia, w którym przede wszystkim pilnowano by, żeby nie szargał nazwiska. Tymczasem Ledger Scott Collins był chodzącą hańbą. Do czasu. W każdym razie wiedział, że jeżeli podziękowałby ojcu za poznanie go z Luną i zmuszenie do ślubu z nią, Dominic z całych sił powstrzymywałby się przed pokazaniem, jak bardzo go wkurwia to, że jego syn jest szczęśliwy. Dzięki, kurwa, niemu.
                — Ledger, spotkanie jest jutro o ósmej rano — słyszał głos Jess w słuchawce, ale nie docierało do niego co mówi kobieta. Pochłonięty był wyobrażaniem sobie miny ojca, kiedy mówi mu dziękuję.
                — Kwiatuszku, muszę być z samego rana w LA — odłożył telefon, nie trudząc się zakończeniem połączenia.

  

                Wcześniej  


 

                — Wiesz, ile płaciłem za twoje czesne? — Chciał, żeby głos ojca brzmiał inaczej. Chyba próbował sprawić, aby przestał w końcu być tak jednostajny i zupełnie niewyrażający żadnych emocji. Mogło się wydawać, że wywalenie ze szkoły wojskowej będzie idealnym pretekstem do tego, aby senior w końcu stracił nad sobą panowanie.
                — Dużo — odpowiedział, wcale nie będąc zdziwionym, że pierwsze pytanie dotyczy pieniędzy. Na ustach Ledgera majaczył zabłąkany uśmieszek, którego nawet nie starał się powstrzymać — co prawda mniej niż za Jaya, ale wiadomo, na ulubionego dzieciaka chętniej płaci się więcej. Nie mam ci tego za złe, staruszku — starał się ze wszystkich sił. Starał się sprawić, aby ojciec pokazał mu… cokolwiek. Smutek, dumę, rozczarowanie, nawet pieprzoną złość. Chciał po prostu w końcu zobaczyć, że jego ojciec potrafi coś do niego czuć. Nie obchodziło go już to, co to konkretnie będzie. Mógł mieć nawet ochotę go zabić, byleby w końcu coś przez niego przemawiało.
                — Przestań zachowywać się jak gówniarz, Ledger.
                — Nie moja wina, że wychowałeś mnie na gówniarza, tatusiu — prowokował go na każdy możliwy sposób. Jedyne co dostawał w zamian to obojętne spojrzenie, nic niewyrażająca mina i znudzony głos.
                — Chciałbym po prostu, żebyś skończył szkołę i poszedł na studia, a później zajął się czymś. Firmę i tak przejmie Jay z Aidenem, oni są nią zainteresowani i wdzięczni za to, co dostają — cały czas brzmiał tak samo.
                Ledger miał wrażenie, że za każdym razem, kiedy rozmawiał z seniorem, ten uruchamiał pieprzony syntezator mowy. To przecież było niemożliwe, aby jakikolwiek człowiek zawsze, za każdym razem brzmiał dosłownie tak samo obojętnie.
                — Jasne, Dom — skinął głową, sięgając do kieszeni spodni. Wyciągnął czarną papierośnicę w kształcie standardowej paczki fajek i wyciągnął z niej gotowego skręta. Wsunął go do ust i wyciągnął również z papierośnicy zapalniczkę — skończę szkołę, pójdę na studia i się czymś zajmę — mruknął, zaciągając się mocno przy odpalaniu — jaranie zielska to już jest jakieś zajęcie czy nawet to, to za dużo jak na mnie?

 

                Wtedy


 

                — Musisz się w końcu wziąć w garść — Jay stał przed swoim młodszym bratem i piorunował go spojrzeniem. Miał identyczne oczy jak ojciec. Jasne niczym błękit nieba. Zresztą, cały był jak młodsza wersja ojca. Ledger i Aiden byli niczym bliźniacy, w dodatku otrzymali geny głównie matki. Jay był po prostu starszym bratem. Bratem, który w odróżnieniu od Dominica Collinsa był w stanie okazywać emocje, a przynajmniej jeszcze potrafił to robić. Dlatego przyleciał specjalnie z Los Angeles do Nowego Jorku, kiedy usłyszał, że Ledger znowu wpakował się w kłopoty.  
                — On ci kazał tu przylecieć czy to dobroć twojego serca? — Wiedział, że mu nie kazał. Senior Collins nie przejmował się środkowym synem. Wiedział to, a i tak łudził się, że Jay to powie, powie, że ojciec kazał mu tu przylecieć, kazał mu się zająć bratem, kazał mu postawić go do pionu.
                — Wiesz, że nas kocha, ciebie kocha. Tylko pokazuje to na swój sposób.
                Wybuchnął śmiechem. Tak głośnym, całkowicie pozbawionym wesołości śmiechem.
                — Kocha — powtórzył, śmiejąc się histerycznie. Spoglądał dużymi oczami na brata, nie mogąc przestać się śmiać. Po prostu nie mógł. — Kurwa, kocha nas — kręcił głową, śmiał się. Spoglądał w oczy Jaya, które mogłyby być oczami Dominica Collinsa, ale nimi nie były. Wyrażały za dużo emocji.
                — Ledger…
                — Mógłbym tu zdychać — warknął na brata, podnosząc się gwałtownie z sofy, na której do tej pory siedział — mógłbym leżeć we własnych rzygach, błagając go o to, żeby w końcu coś zrobił. Wiesz co by zrobił? Zaproponowałby mi pieniądze. Trzymaj, gówniarzu, kolejne sto tysi, tylko zajmij się czymś. No to się, kurwa, zajmuje — mówiąc, podszedł do stołu, który stał przy ścianie i chwycił go mocno obiema rękoma, a następnie wywrócił, nie przejmując się rzeczami, które leżały na blacie. Książki, laptop, bibułki do skrętów, komórka i kolekcja kubków po kawie z kilku dni.
                — Ledger, uspokój się — Jay pospiesznie podszedł do bruneta, próbując go chwycić w ramiona, powstrzymując przed kolejnymi zniszczeniami.
                — Spierdalaj — syknął, unikając brata i jego ramion — spierdalaj, Jay! Po prostu stąd spierdalaj, wracaj do domu, bądź przykładnym synkiem. W końcu jesteś jego ulubieńcem! Jeszcze się dowie, że tu byłeś i zmniejszy ci udziały — warczał wściekły, niszcząc kolejne rzeczy, jakie tylko wpadły mu w ręce. Wywracał i przewracał meble. Rzucał wszystkim,  nie patrząc w co celuje.
                — Ledger.
                Nie słuchał go. Był w transie. Jay ani ojciec już się nie liczyli. Teraz po prostu musiał oczyścić głowę, zrobić porządek. Wyzbyć się uczuć, których nie chciał czuć. Nie chciał myśleć o ojcu, o tym jak bardzo chciał od niego dostać cokolwiek, choćby pogardliwe spojrzenie, to zawsze byłoby coś. Miał dość świadomości, że był jak wygłodniały szczeniak. Płaszczył się przed nim, sępił jego uwagę i ciągle nic nie dostawał. Zabijał ten chaos w łatwy sposób. I właśnie to teraz chciał zrobić. Uciszyć myśli. Poczuć… ciszę. Przeszedł z salonu z aneksem do sypialni i stanął przed łóżkiem. Uklęknął, a po chwili unosił już materac szukając rozpięcia od pokrowca. Musiał wziąć działkę.
                — Kurwa — przeklął, gdy kryjówka okazała się pusta. Był pewien, że miał jeszcze porcję. Podniósł się i zgarnął ze stolika kluczyki od samochodu.
                — Chyba żartujesz, nie jedziesz nigdzie w takim stanie.
                — Bo co? — Burknął — możesz jechać ze mną, jak się martwisz.
                — Daj kluczyki.
                — Zapomnij.
                Nie ufał bratu. Wiedział, że nie zawiózłby go tam, gdzie chciał jechać.
                — Ledger, proszę cię — podszedł, próbując mu wyrwać z dłoni brelok z kluczykiem. Na nic to. Młodszy z braci był zwinniejszy i szybszy.
                — Wracaj do domu, Jay. 

                Jay się uparł. Nie chciał wracać do domu, nie chciał go zostawić. Nie chciał, a może nie mógł mu wtedy pozwolić jechać samemu. Wsiadł do auta Ledgera.Wszystko działo się tak szybko. Brunet chciał, natychmiast znaleźć się na miejscu. Chciał po prostu usłyszeć ciszę w swojej głowie, bo chaos za bardzo się w niej rozgościł. Już siedząc za kierownicą swojego samochodu wybrał numer dostawcy. Umówili się w tym samym miejscu, co zawsze. Ledger znał dobrze drogę. Dojechałby tam nawet z zamkniętymi oczami, ale tamtego dnia… tamten dzień był cholernie ciężki. Był zły, a to co się wydarzyło, tylko to potwierdzało.
                Deszcz nie był niczym niespodziewanym. Zwłaszcza, że w powietrzu było czuć od kilku godzin, że burza nadejdzie. Tylko kwestią czasu było to, aż w końcu się zacznie. Kiedy już nadeszła, mieli po prostu pecha. Może gdyby to Jay prowadził, nie straciłby panowania nad samochodem, kiedy piorun uderzył gdzieś na tyle blisko, że poczuli jak ziemia drży. Może gdyby Ledger nie był tak roztrzęsiony i nie myślał jedynie o tym, że chce uspokoić myśli, że potrzebuje tak niewiele, aby zapanowała cisza, żeby raz jeszcze poczuł się tak… spokojnie.
                Upragniona cisza przyszła w momencie, w którym rozpędzonym samochodem uderzył w ten nadjeżdżający z naprzeciwka.

 

                Wtedy


 

                Zaciskał mocno pięści i szczękę, wpatrując się w otwartą trumnę i spokojną twarz Jay’a. Wiedział, że to powinien być on sam. Jay… nie zasłużył na śmierć, nie chciał śmierci. Chciał tylko go ogarnąć, chciał doprowadzić go do porządku, a on… On sprawił, że umarł.
                — Ledger — matka szepnęła cicho imię swojego najstarszego, żyjącego syna. Wpatrywała się w jego twarz pustymi oczami. Pierwszy raz widział ją w takim stanie i nie dziwił się. Podejrzewał, że jego wyglądały podobnie noc po tamtym dniu, kiedy to wszystko do niego dotarło — nie pokazuj mu się — dodała równie cicho, a następnie wskazała mu na schody — po prostu mu się nie pokazuj, nie teraz.
                Nie był pewien jak miał odebrać te słowa. Chciała go zniechęcić czy może wręcz przeciwnie? Bo co to znaczyło, że ma się nie pokazywać? Co to zmieni, jeżeli się pokaże? Ojciec i tak nigdy nie wykazywał żadnych emocji, więc… nie ruszył w stronę schodów. Odwrócił się na pięcie i ruszył prosto do gabinetu ojca, nie wysilając się nawet na zapukanie do drzwi. Wpadł po prostu do środka i zatrzymał się przed biurkiem, nie odzywając się ani słowem. Po prostu czekał. Sam nie wiedział, na co dokładnie.
                Kiedy tylko ojciec podniósł na niego spojrzenie, zrozumiał. Zrozumiał, na co czekał, co miała na myśli matka. Wiedział.
                — To twoja wina, zaćpany gówniarzu — warknął, momentalnie podrywając się z krzesła i wymijając biurko, dopadł Ledgera. Pierw złapał go za wymiętoszone poły marynarki i pchnął w kierunku ściany. Z oczu Dominica biła prawdziwa żądza mordu. Przyparł syna do ściany i przeniósł dłonie na jego szyję, zaciskając na niej mocno ręce.
                — Naprawdę musiało stać się coś takiego, żebym w końcu coś od ciebie dostał? — Spytał, póki jeszcze mógł swobodnie oddychać, bo ucisk nie był, aż tak mocny. Jego usta wygięły się w obłąkanym uśmieszku, który poszerzał się wraz z narastającym uciskiem na szyi, który czuł.
                — Faktycznie, bo nigdy nic ci nie dałem — warknął, nie rozluźniając uścisku — pożałujesz gówniarzu — Ledger tylko się zaśmiał na słowa ojca. Dominic Collins niczego nie rozumiał.

 

                Teraz


 

                Znowu tak się czuł. Jakby dłonie ojca coraz mocniej zaciskały się na jego szyi. Dominic dotknął go tylko ten jeden raz, Ledger nawet nie brał tego na poważnie. Nie bał się. Wiedział, że gdyby nie śmierć Jay’a, senior nigdy by go nie tknął. Nie czuł się przez to skrzywdzony. Nie rozpamiętywał w znaczeniu użalania się nad sobą. Pamiętał, bo to było tak właściwie jego jedyne pozytywne wspomnienie związane z ojcem. Osiągnął wtedy dokładnie to, czego pragnął przez tyle lat. Zobaczył, że ojciec darzy go jakimikolwiek uczuciami. To mu wystarczyło. To pewnie miało też wpływ na całe jego dalsze życie, sposób, w jaki traktował kobiety i innych, ale nie przejmował się tym. Miał to w dupie.
                Teraz czuł się silny. Dlatego wiązał to ze wspomnieniem z dnia pogrzebu Jay’a. Wiedział, że udało mu się przekonać kluczowych członków zarządu. Jego pojawienie się na zebraniu będzie dla nich potwierdzeniem, że nic go nie omija, że o wszystkim zawsze wie, nawet wtedy, kiedy senior stara się o pominięcie go. Będzie potwierdzeniem, że mają głosować tak, jak on, jak im zasugeruje.
                Czuł się niepokonany.
                Uśmiechał się pewny siebie, bo nic nie mogło zepsuć mu humoru. Widział już minę ojca, kiedy zostanie przegłosowany.
                — Jedna z pracownic zgłosiła przypadek molestowania seksualnego — Dominic zaczął z grubej rury. Nikt nie przejął się w szczególny sposób. Nie był to pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek. Ruch metoo niby działał, zbierał swoje żniwo, ale Ledger dobrze wiedział, jak wyglądała codzienność.
                — Naprawdę to wymagało tak pilnego spotkania? Myślałem, że to naprawdę kwestia jakiegoś gorącego tematu — odezwał się Noah Riva.
                — Ta kobieta ponoć ma materiały, które po opublikowaniu z pewnością sprawią, że akcje poszybują w dół — Dominic spojrzał na swojego syna z triumfalnym uśmieszkiem — dotyczą prezesa. Po ostatniej aferze chyba zyskała na odwadze — miał na myśli incydent z próbnej kolacji weselnej — masz coś do powiedzenia, Ledger?
Przełknął ślinę, czując, jak grunt osuwa mu się spod nóg.
                To nie było tak.
                Nigdy nie było tak.


1. now I'm in exile seein' you out

marzec 2024

Nad Paryżem zaświecił księżyc w pełni. Jego jasna poświata wydobyła z mroku dziewczęcą sylwetkę, jej bladą twarz i zamyślone oczy. Stała na balkonie i wpatrywała się w przestrzeń. Wydawała się kompletnie obojętna na piękno tej nocy, na barwnie oświetlone miasto w dole, nawet na kłótnię, która rozgrywała się w mieszkaniu obok. Przez otwarte okno słychać było agresywne wyzwiska i brzdęk tłuczonego szkła, ale Una Blanchard była jakby głucha na wszystkie dźwięki dochodzące ze świata.
Niespokojnie biła się z myślami.
Dym z wiśniowej cygaretki poszybował w górę, ku gwiazdom. Nie otrząsnąwszy się z głębokiej zadumy strzepnęła popiół do popielniczki w kształcie liścia i wsunęła papierosa między wargi, zaciągając się mocno. Nikotyna krążąca w jej żyłach pozwalała jej myśleć nieco jaśniej. Na razie wiedziała jedno – to był koniec.
Zgasiła papierosa w popielniczce i zadrżała, wchodząc do środka. Marcowe noce wciąż były jeszcze lodowato zimne. Narzuciła sobie koc na ramiona, pustym spojrzeniem ogarniając salon, w którym panował rozgardiasz, włączony telewizor, kołdrę skłębioną na kanapie. W kuchni zrobiła sobie kubek mocnej herbaty i wróciła do salonu, potykając się o leżące na podłodze ubrania i klnąc pod nosem. W tamtej chwili czuła się, jakby miała czterdzieści lat, a nie osiemnaście; czuła się przytłoczona, zmęczona, obolała; czuła ciężar całego świata na swoich barkach. Życie smakowało jak popiół, szary i wstrętny.
To był koniec. Schowała twarz w dłoniach, marząc, by móc się teraz wypłakać. Jej oczy jednak pozostały suche.
Na stoliku stygła czarna herbata.

—•—

kwiecień 2023

– Zgubiła się panienka?
Niski, ciepły głos załaskotał ją w ucho i obudził w brzuchu chmarę motyli. Uwielbiała piękne głosy. Nie znosiła natrętów.
Zamaszyście uniosła głowę, zamierzając odwarknąć coś w stylu: nie jestem jakąś bezbronną lalą, okej?, ale napotkała przed sobą spojrzenie zatroskanych, jasnych oczu i zapomniała, co chciała powiedzieć. Gapiła się nieelegancko, jakby była całkowicie sparaliżowana, jakby wszystkie jej mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Doprawdy, brakowało tylko, żeby dodatkowo otworzyła usta i stała jak kołek. Mężczyzna naprzeciwko uśmiechnął się jednak; był to miły uśmiech, sympatyczny, wręcz serdeczny. Na ten widok Unę opuściło to specyficzne napięcie i opanowała się wreszcie.
– Niezupełnie. Skąd taki wniosek? – spytała, unosząc lekko brodę, żeby pokazać mu, że jest pewną siebie kobietą, a nie jakąś trzpiotką.
– Prawdę mówiąc, szukałem pretekstu, żeby do panienki zagadać – wyznał, wciąż z tym samym uśmiechem i figlarnym błyskiem w oczach. Zakręciło się jej w głowie (boże, był naprawdę cholernie przystojny), ale nie zamierzała robić z siebie koncertowej idiotki tylko dlatego, że miała dopiero siedemnaście lat, a on na pewno przekroczył już trzydziestkę. To, że wyglądał jak anioł nie oznaczało jeszcze, że wszystkie młode dziewczyny będą mdlały na jego widok.
– Doprawdy? – uniosła lekko brwi, taksując go powoli wzrokiem z góry na dół i ignorując swoje serce, które trzepotało jak ptaszek w klatce. – A dlaczegóż to chciał pan ze mną rozmawiać?
– Henry – przedstawił się, wyciągając rękę. Ujął jej dłoń i pocałował wierzch, tak delikatnie, jakby nie chciał spłoszyć motyla. Una poczuła dreszcz biegnący wzdłuż karku.
– Una.
– Niezmiernie miło mi cię poznać, Uno. – Wymówił jej imię tak, jakby smakował jakąś wykwintną potrawę, a ona pomyślała, że jeszcze chwila, a serce wypadnie jej z piersi.

—•—

sierpień 2023

Okazał się być szarmancki i uroczy. Okazał się dobrym znajomym jej rodziny. Okazał się także żonaty i to było jak wbita w oko drzazga, drażniąca, nie pozwalająca o sobie zapomnieć. Gdyby chociaż mogła stwierdzić, że zataił przed nią ten fakt… lecz nie. Wiedziała od samego początku. A mimo to nie potrafiła powiedzieć sobie stop.
Ujął ją tym, jaki był ciepły, elegancki i – w przeciwieństwie do jej rówieśników – dojrzały, elokwentny, oczytany. Podobało jej się, że zabiega o nią facet, który mógł mieć każdą, facet o dobrej pozycji społecznej i fantastycznej sytuacji majątkowej. Czuła się tysiąc razy piękniejsza, kiedy obrzucał jej kreację pełnym uznania spojrzeniem, a w jego głosie brzmiała wyraźna duma, gdy przedstawiał ją swoim znajomym. Próżna część jej natury była zachwycona podziwem, jaki wyrażały ich twarze, zazdrością, niemal zawiścią, że mężczyzna w tym wieku może jeszcze znaleźć sobie tak młodą kochankę. Była jego klejnotem, piękną ozdobą dopełniającą całość. Jesteś taka śliczna, mówił jej, kiedy wieczorami leżeli w sypialni, ona w jego ramionach, oplatających ją jak winorośl. Rozwiodę się z żoną i będziesz tylko moja, powtarzał, jak gdyby to ona należała do kogoś jeszcze, prócz niego. Dreszcz podniecenia przebiegał jej po karku, chociaż starała się nie wierzyć w jego obietnice – ostatecznie, po co miałby to robić, rujnować swoją pozycję w świecie znanych i uwielbianych ludzi? A potem on całował ją tak namiętnie, że wszystkie jej myśli rozpływały się w niebycie i nie mogła ich sobie przypomnieć.

—•—

listopad 2023

– Co powiedziałeś Catherine?
Catherine to jego żona.
– Że za tobą szaleję – mruknął, nie przestając wodzić palcem po okolicach jej szyi, obojczykach i zagłębieniach pod nimi. – Że chcę być z tobą do końca świata.
– A tak naprawdę?
Przewrócił się na plecy i wbił wzrok w sufit. Ramię podłożył sobie pod głowę; leżąc w takiej pozycji, z jasnymi oczami utkwionymi w niewidocznym punkcie, przywodził jej na myśl antyczną rzeźbę, piękną i doskonałą. Nawet poirytowany, jak teraz, sprawiał wrażenie, jakby pochodził z całkiem innego świata. Poczuła nieodpartą ochotę, żeby go dotknąć, a to pragnienie paliło jej zakończenia nerwowe w dłoniach i palcach. Przytuliła się do jego boku, zwijając się w kłębek jak mały kociak. Kiedy nie poczuła obejmującego jej ramienia, zaskoczona uniosła wzrok.
Wciąż leżał w takiej samej pozycji, jakby w niej zastygł, i wciąż na nią nie patrzył. Poczuła, jak dezorientacja wkrada jej się do głowy, mieszając w doznaniach i wspomnieniach, aż sama nie była pewna, co się właściwie stało.
– Henry? – zagadnęła ostrożnie, pochylając się nad nim i zaglądając mu w twarz. Jej włosy muskały jego klatkę piersiową i ramiona, i nagle – tak nagle, że nawet nie zauważyła – trzymał je w garści, patrząc na nią z wściekłością. W jego oczach malowała się furia, aż pociemniały z gniewu. Una nigdy przedtem nie widziała go w takim stanie; po raz pierwszy doszła do wniosku, że Henry'ego naprawdę można się było bać. Odwróciła wzrok, udając, że wszystko jest w porządku, ale szybko wciągnął ją z powrotem do rzeczywistości, jednym szarpnięciem za włosy odchylając jej głowę w tył, poza krawędź łóżka. Była zszokowana, że wciąż, mimo wszystko, przypominał piękną rzeźbę. Teraz jednak gotową, by ją zabić.
– Naprawdę nie mogłabyś – wysyczał z twarzą tuż przy jej twarzy – darować sobie wtykania nosa w cudze sprawy?
Zadrżała, po części przez jego ton głosu, po części przez to, co mówił. Nigdy przedtem nie dawał jej do zrozumienia, że nie powinna pytać go o życie poza ich związkiem. Dlaczego więc teraz doprowadziło go to do takiej pasji?
– Przepraszam – szepnęła, dotykając jego zaciśniętej pięści na znak, żeby ją wypuścił. Czuła się przerażająco podatna na atak, kiedy trzymał ją w ten sposób. Zupełnie jakby był wampirem bawiącym się swoim ostatnim posiłkiem, zanim ostatecznie rozerwie go na strzępy.
– Co: przepraszam? – warknął, nie puszczając jej włosów.
– Ja nie…
– Zapamiętaj to sobie raz na zawsze: nie będziemy rozmawiać o Catherine. W tym świecie ona nie istnieje i to nie twoja sprawa, jaki kit jej ostatnio wcisnąłem. Zrozumiałaś?
Kiwnęła głową, mrugając szybko, żeby pozbyć się zgromadzonych pod powiekami łez.
– Grzeczna mała – zamruczał, rozluźniając uścisk na jej włosach, ale nie wypuszczając ich z garści. Drugą dłonią pogładził ją po twarzy tak delikatnie, jakby była kruchą figurką z porcelany. A ona poczuła, że z nerwów mogłaby zwymiotować wszystkie roztrzęsione wnętrzności. – Chodź do mnie – powiedział, puszczając jej włosy, a zamiast tego łapiąc jej rękę. – No chodź – powtórzył zniecierpliwiony, więc przełknęła wszystkie nieatrakcyjne emocje i poszła, bo niby co innego mogłaby zrobić?

—•—

styczeń 2024

To wszystko wydawało się kompletnie nierealne, jakby rzeczywistość zakrzywiała się w każdą stronę, odbijała wszechświat niczym w gabinecie luster. Nie była w stanie zrozumieć, jak mogła dać się tak oszukać, omamić, poddać się urokowi i czarodziejskim słowom. Miała wrażenie, że wpadła w pułapkę tak głęboką, że już nigdy nie zdoła się z niej wygrzebać.
– Halo, ziemia do Uny.
A ona nic. Jakby ciało przestało jej słuchać, zamienione na zawsze w kamień, i tylko myśli były żywe, gorące, szalejące pod powierzchnią.
– Kobieto. Popatrz na siebie – wyrwała ją z zamyślenia Effy, makijażystka, która od dwudziestu minut próbowała na przemian zatuszować siniaka na policzku i dowiedzieć się o co chodzi. – Zobacz, jak ty wyglądasz.
I podsunęła jej lusterko pod nos.
Zobaczyła zapadnięte policzki i ciemne cienie pod oczami, ale najtrudniejsze do rozpoznania były same oczy – dwie wielkie złociste plamy w bladej twarzy, ziejące przeraźliwą pustką, niczym kratery wulkanu. Dwie czarne dziury, w których znikało wszystko, co do tej pory miało jakiekolwiek znaczenie.
– Przecież jest w porządku – zbyła ją Una, uśmiechając się wymuszenie, chociaż ten widok wstrząsnął nią bardziej, niż miała ochotę przyznać. – Nie wiem, o co ci chodzi.
– A to? – spytała z kamienną miną, wskazując na jej policzek.
– Uderzyłam się – warknęła. – Mówiłam ci. Byłam pijana i się uderzyłam.
Zapadła cisza, gęsta od niewypowiedzianych słów.
– Słuchaj, Una – zaczęła Effy z wahaniem. – Może jedź do domu. Odpocznij, weź gorącą kąpiel. Cokolwiek.
– Przecież nic mi nie jest!
– Una. – Effy posłała jej poważne spojrzenie, bardziej poważne, niż kiedykolwiek. – Nie puszczę cię na zdjęcia z taką twarzą.
Zamarła, zszokowana tym oświadczeniem. Jakimś cudem dotąd nie brała tego pod uwagę, jak gdyby błoga nieświadomość ludzi wokół mogła trwać wiecznie, jakby ona sama otoczyła się bezpiecznym kokonem, w którym inni ją widzą, ale nie zauważają. Otworzyła usta, żeby powiedzieć cokolwiek – zaprotestować albo jakoś się wytłumaczyć – ale nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego dźwięku.
– Więc o to chodzi? – szepnęła w końcu, głosem niepewnym i miękkim jak kisiel. – Zrywasz umowę, tak? Bo też miewam gorsze dni?
Furia wzbijała się powoli w jej sercu, wciąż jeszcze przygnieciona otępieniem, ale coraz bardziej żywa.
– Przestań, Una. To nie tak – zaprzeczyła Effy, patrząc na nią badawczo, ostrożnie, jakby mogła samym spojrzeniem zatrzymać zachodzący w niej rozpad. Tak patrzyli rodzice wypuszczając dzieci spod swoich skrzydeł.
– A jak? – warknęła, biorąc torebkę i czując, jak serce bije jej opętańczo. – A niby jak?
Trzasnęła drzwiami i już jej nie było.

—•—
luty 2024

Dźwięk dzwonka wyrwał ją z głębokiego snu, pierwszego takiego od bardzo dawna, pomiędzy tymi miesiącami, kiedy budził ją najlżejszy nawet szelest. Zamrugała nieprzytomnie i przewróciła się na drugi bok, pewna, że ten dzwonek jej się przyśnił, ale nie. Zadzwonił ponownie, melodyjny dźwięk odbijający się od ścian. Una zwlokła się z łóżka, mając wrażenie, że jej kości zamieniły się w galaretę; trudno było jej utrzymać się na nogach, a dłonie drżały tak, jakby miała potężnego kaca. Niechętnie otworzyła drzwi, zamierzając szybko pozbyć się natręta, ale widok osoby stojącej naprzeciwko szybko i skutecznie wybił ją z senności. Wiele razy wyobrażała sobie to spotkanie, choć raczej w wymiarze abstrakcyjnym; w tym momencie była w stanie myśleć jedynie o tym, że na żywo i z bliska wydaje się jeszcze piękniejsza.
Oto była. Catherine Chevalier. Gniewna, śmiertelnie poważna i zapierająca dech w piersiach.
Z wrażenia i zaskoczenia Una dosłownie zapomniała, jak się mówi. Gapiła się tylko na nią, tak jak dawno temu gapiła się na jej męża, tyle że teraz to spojrzenie było mieszanką strachu i osobliwego podziwu. Przyszło jej do głowy, że gdyby Catherine Chevalier zapragnęła rozdeptać ją jak robala, i tak miałaby powód do dumy, bo to była Catherine Chevalier. Henry nigdy nie wspominał, że ma tak olśniewającą żonę.
– Dzień dobry – przywitała się Catherine, mimo wszystko uprzejmie, choć w jej głosie pobrzmiewał chłód całej Arktyki. – Mogę wejść?
Una tylko kiwnęła głową i przesunęła się, wpuszczając panią Chevalier do środka. Nieważne, jak niegościnnie to wyglądało; po prostu nie była w stanie się odezwać.
– Ładnie mieszkasz – pochwaliła Catherine, taksując wzrokiem wszystko od podłogi aż do sufitu, także rozrzucone ubrania i skłębioną na kanapie kołdrę, wokół której leżało milion chusteczek. Una niemalże rzuciła się, by posprzątać, ale żona Henry'ego zaprotestowała. – Och, nie rób sobie kłopotu. Nie zabawię długo.
A jednak kręciła się po mieszkaniu, zamiast powiedzieć wprost, po co przyszła. Unie wydawało się, że dłużej już tego nie wytrzyma, że jej oszalałe serce zaraz wyskoczy na zewnątrz i wtopi się w podłogę, że nogi poniosą ją na balkon i każą zeskoczyć w dół.
– Ujmę to tak – odezwała się w końcu Catherine, splatając palce w swoich beżowych skórzanych rękawiczkach. – Nie zrobię ci nic gorszego tylko dlatego, że jesteś taka młoda i taka naiwna. Byle trzpiotka nabrałaby się na te sztuczki mojego męża – prychnęła. A potem wbiła w nią wzrok, jakby Una była myszą, a Catherine sokołem. – Wasz mały romansik niedługo wyjdzie na jaw. Henry będzie musiał się napracować, żebym nie zażądała rozwodu, i wierz mi, zrobi to. A ty w międzyczasie znikniesz. Wrócisz do tej swojej Ameryki, czy skąd się tu wzięłaś i nigdy, przenigdy nie będziemy już mieć ze sobą do czynienia.
Pani Chevalier uśmiechnęła się krzywo, zadowolona ze swojego planu, a Una nie zrobiła nic, żeby zaprotestować. Po prostu nie była w stanie. Nawet w dwie godziny po wyjściu Catherine Chevalier po prostu stała nieruchomo, patrząc niewidzącym spojrzeniem w przestrzeń i czuła się tak, jakby świat ją pożarł.

—•—

marzec 2024

To był koniec.
Wypchana walizka ciążyła jej w dłoni znacznie bardziej, niż zwykle. Lotnisko wydawało się wyjątkowo zatłoczone, ludzie wyjątkowo głośni, a ona wyjątkowo mała i nieporadna. Usiadła na pierwszej lepszej ławce i ukryła twarz w dłoniach. przełykając łzy. To był koniec. Nigdy już nie będzie modelką, bo nigdy nie uwolni się od wspomnień, a te wspomnienia będą ją gryźć i zdzierać z niej skórę, aż w końcu nic nie zostanie, krwawy ochłap i kości. Boże, jakie to było straszne – mieć osiemnaście lat i całe życie za sobą.
– Przepraszam…
Gwałtownie poderwała głowę, z jakimś niejasnym uczuciem zauważając tuż obok parę ciemnych oczu o wyraźnie zatroskanym spojrzeniu.
– Zgubiła się panienka?
Una otworzyła usta w niemym wyrazie zdumienia i, ku swojemu własnemu zaskoczeniu, powiedziała:
– Tak. – Nie wiem gdzie jestem. Nie wiem kim jestem. – Tak.